Kiedy zbijesz człowieka, ten może zacząć śnić

 IMG 7234W książce Deepaka Chopry „Muhammad”, przedstawiającej zbeletryzowaną biografię proroka Muhammada (Mahometa), każdy rozdział opowiadany jest przez innego narratora. Poniżej rozdział 14, "pisany" ręką żydowskiego skryby z Medyny.


Ależ z nas dziwne stworzenia. Kiedy zbijesz psa, skuli się. Kiedy zbijesz konia, ucieknie. Ale kiedy zbijesz człowieka, ten może zacząć śnić. Te sny przenoszą go niekiedy w miejsca, których nie byłbyś sobie w stanie wyobrazić. Jako że jestem Żydem, śnię cały czas.

W moim ulubionym śnie biegnę za łowcami ptaków. Kiedyś, dawno temu, robiłem to naprawdę. Każdej wiosny leżałem przed świtem w łóżku i nasłuchiwałem. Łowcy ptaków nie przegapili żadnej wiosny. Można było usłyszeć, jak ich zdobycze – astryldy, skowronki, wróble – śpiewają w wiklinowych klatkach. Inni handlarze zawieszali dzwoneczki na swoich mułach, aby można ich było usłyszeć z daleka. Łowcy ptaków nie musieli tego robić.

– Czy sprzedawali też słowiki? – zapytał mnie Muhammad pewnego dnia.

Był gorący dzień, kilka miesięcy po jego przybyciu do Jasrib. Codziennie służyłem mu jako skryba, ale wtedy nie było nic, co mógłbym zapisać. Nikt nie przybiegał do jego domu, by rozsądził sprawę rozwodową albo zajął się zaginionym workiem pszenicy, który sąsiad „znalazł” na ulicy.

– Może i sprzedawali słowiki – powiedziałem. – Ale farbowali ptakom pióra, żeby wyglądały ładniej, więc nie można było ich rozpoznać.

Przynajmniej nie potrafił tego zrobić mały chłopiec.

– Ptaki pustyni są szare, lecz w Raju będą jaskrawoczerwone i zielone – rozmarzył się Muhammad. – W ich pieśniach nie będzie już tęsknoty. Nie ma tęsknoty, gdy jest się blisko Boga.

– Czy ptaki tęsknią za Bogiem? – zapytałem.

– Wszystkie stworzenia za nim tęsknią – odpowiedział.

Jest marzycielem, tak jak ja. Lecz jego marzenie nadaje sens życiu wielu ludzi. Ci muzułmanie są tu nowi. Dotarli do tego odległego miasta Jasrib, przemierzając dwieście mil pieszo przez pustynię. Mówią, że przysłał ich Bóg, tak samo, jak Żydzi zostali wysłani z Egiptu. Przybysze określają to słowem hidżra, „emigracja”. Nie mam zdania. Może to Bóg ich wysłał. A może zmęczył ich ciągły opór i nienawiść.

Oto dowcip o tym, jak to jest, gdy cię nienawidzą. Kobieta rodzi dziecko i akuszerka wychodzi, by oznajmić to ojcu, który nerwowo przechadza się w tę i z powrotem.

– Dobre wieści – mówi. – To chłopiec, cały i zdrowy.

Ojciec nadal okazuje zdenerwowanie.

– Na pewno wszystko z nim w porządku? – pyta.

Położna przytakuje.

– Ma dziesięć palców u rąk i u nóg. Ma małego dyndającego penisa. Aha, i nienawidzi Żydów.

Pierwszy muzułmanin, którego spotkałem, śmiał się, gdy opowiedziałem mu ten dowcip. Był sługą Abu Bakra, który uciekł tu wraz z Muhammadem. W Mekce sprawy miały się wtedy coraz gorzej. Nienawiść kipiała przez dwanaście lat, od czasu kiedy Muhammad spotkał anioła. Abu Bakr zbudował obok swojego domu specjalną budowlę z przeznaczeniem na modlitwę. Nazwali ją „meczetem”. Oczywiście nikt nie chciał, aby muzułmanie profanowali świątynie, gdzie mieściły się posągi bożków. Ten meczet to były tylko cztery ściany z otwartym dachem. Abu Bakr pięć razy dziennie klękał tam przed Bogiem, tak jak kazał im to robić Muhammad. Ściany były niskie, więc każdy mógł zajrzeć i zobaczyć, co się tam dzieje. Dźwięk modłów Abu Bakra wypełniał ulice. Członkowie starszyzny uznali to za prowokację.

Wrogowie Muhammada szeptali, że żadne pieniądze nie wystarczą, by uratować go przed karą. Muhammad udowodnił już, że starzy bogowie nie mogą zrobić krzywdy ani jemu, ani jego wyznawcom. Jednak wrogowie mieli rację – pieniądze nie wystarczą.

Abu Bakr zawdzięczał życie swojemu zaprzysięgłemu obrońcy, który trzymał plemię z daleka. Ów obrońca – Ad-Dughunna – przyszedł pewnego dnia i zaczął namawiać Abu Bakra, by ten wszedł do domu się modlić. Zamiast ustąpić, Abu Bakr spojrzał na niego ostro i powiedział:

– Zwalniam cię z przysięgi. Ochrona Allaha w zupełności mi wystarczy.

Nienawiść wkrótce osiągnęła punkt wrzenia. Klany należące do plemienia wymyśliły spisek, który miał na celu pozbycie się Muhammada, bez doprowadzenia do walk na terenie miasta. Każdy klan zgodził się wydelegować silnego, młodego mężczyznę potrafiącego dobrze posługiwać się nożem. Ci wybrani zabójcy mieli napaść na Muhammada w grupie i każdy dźgnąłby go swoim sztyletem. W ten sposób wina rozłożyłaby się po równo na wszystkie klany w plemieniu. Zapłaconoby grzywnę, aby wynagrodzić zbrodnię. Nowa religia znikłaby, niczym wyschnięta róża, której zabrano wodę. Wszyscy wiedzieli, że wodą dla islamu był Muhammad.

Pewien kupiec – muzułmanin – opowiadał mi tę historię. Przerwałem mu.

– Czy to nie byli ludzie z jego plemienia, ci, którzy chcieli go zabić?

– Ludzie, którzy nie trzymają się Boga, nie należą do jego plemienia – odpowiedział.

Nadeszła wyznaczona noc mordu. Gromada zabójców stała przy bramie domu Muhammada, czekając aż wyjdzie na swój poranny spacer. Nie ukryli się jednak wystarczająco dobrze i Muhammad oraz wierny mu młody kuzyn, Ali, zorientowali się, że ktoś jest na zewnątrz, i że grozi im niebezpieczeństwo.

Nie mieli ani chwili do stracenia. Muhammad wymyślił na poczekaniu plan. Wziął płaszcz nomadów z zielonej wełny, w którym często go widywano. Owinął nim Alego i kazał mu leżeć w łóżku i udawać, że jest Muhammadem.

Ali opierał się. Wiedział, że w ten sposób pozostawi Proroka bez ochrony. W końcu dał się namówić. Gdy został sam, Muhammad zaczął recytować werset, który został mu objawiony. Gdy doszedł do słów: „W ten sposób okryliśmy ich i oni nie widzą”, zrozumiał Boską intencję. Sam okrył się zwykłym płaszczem i wyszedł z domu. Przeszedł obok zabójców, a żaden z nich go nie zobaczył.

Kilka przecznic dalej zobaczył znajomego, który skłonił się i poszedł dalej. Ale znajomy ten był wtajemniczony w spisek. Pobiegł do domu Muhammada i krzyknął, że właśnie zobaczył go na ulicy. Zabójcy zarzekali się, że nikt nie mógł się przemknąć obok nich. Aby to udowodnić, podkradli się do okien sypialni Muhammada, gdzie zobaczyli go śpiącego w jego ulubionym, zielonym okryciu. Podstęp wyszedł na jaw dopiero rano, gdy Ali wyszedł z domu i powiedział, że jego kuzyn uciekł.

Muhammad przedostał się do domu Abu Bakra. Nie było innego wyboru niż ucieczka. Otrzymał wiadomość ostrzegającą go przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Wola Boga była jasna. Pozostanie w mieście oznaczałoby śmierć dla wszystkich.

Muhammad i Abu Bakr wraz z małą grupką towarzyszy i kilkoma objuczonymi wielbłądami wyjechali z Mekki w pośpiechu. Spędzili trzy dni w górskiej jaskini poza miastem. Ali został, aby zająć się interesami Muhammada. Gdy Muhammad był już całkowicie pewny, że Bóg chce, aby odszedł, zgodził się przebyć pustynię w kierunku ich nowego domu na północy.

Po tym, jak usłyszałem tę opowieść, zwyciężyła we mnie ciekawość. Pewnego popołudnia, kiedy zauważyłem, że Muhammad jest rozluźniony i w dobrym nastroju, zapytałem:

– Czy zawsze ufasz swoim przesłaniom?

– To Allah ufa mnie – odpowiedział.

– Ale wysłał cię na pustkowie. Czy to znak miłości? Dlaczego po prostu nie zabił twoich wrogów?

Muhammad spojrzał na mnie. Wie więcej o Żydach, niż ci się wydaje. Jego spojrzenie znaczyło: Mówisz o sobie. Poczekał chwilę, jakby się chciał zastanowić, ile może mi powiedzieć.

– Miałem żonę, która wierzyła we mnie, gdy nikt inny nie wierzył – powiedział poważnym głosem. – Słyszała każde słowo pochodzące od Boga i przyjęła je do tego stopnia, że gdzie ja się kończyłem, tam zaczynała się ona, a gdzie kończyła się ona, tam zaczynałem się ja. Nasza wiara była naszym drugim małżeństwem. Nazywała się Chadidża. Pewnego dnia przyszła do mojego pokoju z miską zupy w rękach. W chwili, gdy usłyszałem jej kroki, Bóg przemówił do mnie na jej temat. Weszła do pokoju, a ja powiedziałem: „Moja droga, Pan mówi mi, że jesteś błogosławiona. Oczekuje na ciebie miejsce w Ogrodzie, gdzie nie ma zmęczenia, a jest tylko cisza”. Nie uśmiechnęła się, tylko wpatrywała się we mnie. Pomyśleliśmy to samo: W ten sposób Allah łagodnie przepowiada jej śmierć.

W oczach Muhammada pojawił się smutek. Byłem poruszony tym, że mi się zwierza, i miałem ochotę objąć go i pocieszyć. Ale chwilę później jego ciało zesztywniało. 

Powiedział:

– To, że Bóg objawia mi tajemnice życia i śmierci, nie oznacza, że jestem panem życia i śmierci. To są wielkie sekrety. Dzięki łasce Boga zbliżam się do nich bardziej niż zwykli ludzie. Jest to w takim samym stopniu powód do smutku, jak do radości.

Nigdy więcej mi się nie zwierzał, ale miałem silne poczucie, że rozumiał Żydów. Tak właśnie Bóg nakazuje nam żyć: blisko tajemnicy, lecz zawsze daleko od jej rozwiązania. Nasz smutek i nasza radość są ze sobą splątane. Później usłyszałem, że Chadidża zmarła wkrótce po tej wiadomości. To było trzy lata przed ucieczką Muhammada z Mekki. Ten rok nazywają rokiem smutku Muhammada, gdyż w tym samym czasie umarł także jego wuj, Abu Talib. Nigdy nie nawrócił się na islam, ale błogosławił Muhammadowi. Mówią, że gdy leżał na łożu śmierci, otaczali go krewni domagający się, by wystąpił przeciw nowej wierze. Zawsze odmawiał.

Jedną rzecz muszę przyznać tym muzułmanom. Modlą się w ciszy. Oczyszczają się i recytują wersy, których nauczył ich Muhammad. I nie są prawnikami. Zanim przybył Muhammad, moje życie wypełniali prawnicy w sądzie rabinackim. Siedziałem ze skrzyżowanymi nogami, ze stolikiem na kolanach, zapisując niekończące się spory. Sędziowie drzemali na ławkach, zabijając muchy brzęczące wokół łakoci. Każda ze stron troszczyła się o przysmaki dla sędziów, w nadziei na ich dobry nastrój. Prawnicy uważali się za mądrzejszych od Tory. Dranie czepiający się drobiazgów. Któryś z nich potrącił mi godzinę z zapłaty, bo stwierdził, że rozmazałem jedną linijkę.

– Ty rozmazujesz prawdę, a płacą ci więcej – powiedziałem.

Wrzasnął i wyrzucił mnie z sądu. Po tym wydarzeniu trudno było mi znaleźć pracę u rabinów, dlatego przyjąłem posadę, którą zaoferowali muzułmanie. W Jasrib żyje sporo Żydów i zbyt wielu z nas potrafi pisać.

– Nie będziesz zapisywał świętych słów Proroka – powiedzieli. – Mamy do tego własnych skrybów. Twoim zadaniem będzie śledzenie postępowań sądowych, sporów i codziennych spraw. Kiedy Prorok wyda sąd, spiszesz każde słowo. To ważne. Rozumiesz?

Przytaknąłem. Przecież potrzebowałem tej pracy. Muzułmanie stopniowo napływali do Jasrib przez ostatnie lata, ale nikt nie zwracał na nich uwagi. Gdy Muhammad o świcie przekroczył bramę, uformowali małą, poważną grupkę. Kilkoro Żydów zaprosiło ich, by schronili się tutaj. W Arabii, jeśli czcisz jedynego Boga, chcesz mieć sojuszników. Teraz, kiedy Muhammad jest wśród nich, jego ludzie nie tylko czują się bezpieczni, ale wydaje im się, że sam Bóg pokazał im drogę. Stwierdzili nawet, że Jasrib powinna mieć nową nazwę: Madinat an-Nabi, „miasto Proroka”. Kiedy się spieszą, mówią po prostu „Medyna”.

– Chrześcijanie także piszą, może nawet więcej niż Żydzi – powiedział Muhammad.

Nie pisałem, ponieważ było gorąco. Ale kiedy to robiłem, lubił mi się przyglądać. Na jego twarzy pojawiało się wtedy zdumienie. Przez chwilę był znowu dzieckiem, a nie pięćdziesięciodwuletnim mężczyzną z siwą brodą.

– Chrześcijanie musieli pisać, aby przetrwać – powiedziałem.

– Dlaczego?

– Bo Rzymianie nienawidzili ich proroka Jezusa i zabiliby ich wszystkich – odpowiedziałem. – Na szczęście dla chrześcijan, bogaci Rzymianie byli leniwi. Wielu nie chciało nauczyć się pisać i czytać.

Zawahałem się. Uświadomiłem sobie, że mogłem obrazić Muhammada.

– Nie chodzi mi o ciebie, panie. Nie jesteś leniwy. Zapracowujesz się na śmierć.

Uśmiechnął się, co było niesamowite. Każdy inny bogacz z Medyny posłałby mi kopniaka za bezczelność.

– Pierwsi chrześcijanie mieli obowiązek czytać swoje pisma – kontynuowałem. Nie zostawiali tego kapłanom. Po pewnym czasie, tylu z nich umiało czytać i pisać, że stali się użyteczni jako skrybowie. Rzymianie zatrudniali ich w swoich prowincjach. Czas mijał, a kiedy jakiś nowy cesarz wpadał na pomysł prześladowania chrześcijan, jego namiestnicy oponowali: „Nie możesz. Bez tych małych, zawszonych chrześcijan nasz system podatkowy się zawali”. Po kilku wiekach całe cesarstwo stało się chrześcijańskie. Podobała mi się ta ironia losu.

Muhammad był zaintrygowany.

– Najpierw cię prześladują. Potem cię potrzebują. W końcu nawracają się na twoją religię.

Powtarzał to sobie kilka razy dziennie. Później zrozumiałem dlaczego. Nikt z tych, którzy mają władzę, nie potrzebuje muzułmanów, przynajmniej na razie. Jest ich za mało, by dało się z nich stworzyć porządne, zbrojne plemię. Martwi się o to, jak przetrwają. Bóg rozkazał mu szerzyć dobrą nowinę, podobnie jak i Jezusowi, ale jak ma to wykonać?

Muzułmanie powiedzieli mi, że w Mekce Muhammad siadał każdego ranka nieopodal miejskiej studni, by nauczać swych wyznawców. Jeśli przechodził obok jakiś służący, mógł usiąść i słuchać razem z innymi. Nawet niewolnikowi wolno było się przyłączyć.

Ludziom dobrze urodzonym nie podobało się to, ale nie zbliżali się, bo nie rozmawia się z godnym szacunku człowiekiem, gdy obok wałęsają się niewolnicy. W końcu jeden ze starszyzny podszedł do Muhammada i powiedział:

– Chciałbym z tobą pomówić, bracie. Odeślij niewolników.

Muhammad skinął głową, jakby miał zamiar się zgodzić, ale nagle odjęło mu mowę, a na jego twarzy pokazały się krople potu. Członek starszyzny oddalił się, nie otrzymawszy odpowiedzi. Po pewnym czasie Muhammad otrzymał nowe posłannictwo. „I nie odpędzaj tych, którzy wzywają swego Pana. Jeślibyś ich odpędził, byłbyś jednym z niesprawiedliwych”. Nie miał zatem wyjścia. Musiał zbawić każdego czciciela idoli z Mekki, bogatego czy biednego. To wydawało się niemożliwe do zrobienia. Kiedy poszedł do grubych członków starszyzny, wyśmiali pomysł, że ktoś z ich plemienia został wybrany przez Boga. Kiedy udał się do biednych, ci zbyt łatwo dawali się przekonać. Mieli nadzieję, że bogacz, który nagle zainteresował się ich losem, obdarzy ich przysługami i pieniędzmi.

– Czy znalazł odpowiedź? – zapytałem jednego z muzułmanów.

– A czy byłby tutaj, gdyby mu się to udało? – wzruszył ramionami w odpowiedzi.

Spotkałem Żydów, którzy podejrzliwie odnosili się do przybyszów. Powiedziałem im, że Muhammad jest jak Mojżesz prowadzący swe zagubione dzieci, ale wyśmiali mnie:

– I Jasrib to ich Ziemia Obiecana? A gdzie mleko i miód? Lepiej, żeby poszli dalej.

Poszedłem do Muhammada i zapytałem go, czy to jest ich Ziemia Obiecana.

– To nie moje zmartwienie – odpowiedział. – Bóg potrafi odnaleźć swoich w dowolnym miejscu na ziemi. Jest coś ważniejszego.

Wskazał na stertę zwojów na podłodze.

– To księga Boga. Od dwunastu lat się powiększa. Nie ma nic cenniejszego. Jesteście Ludem Księgi, więc powinniście to zrozumieć.

Wycofałem się. Gdybym powiedział, że rozumiem, to czy uczyniłoby mnie to złym Żydem? Czy grzechem jest pracować dla muzułmanina, którego księga jest inna niż moja? W głowie rodzą mi się takie wątpliwości. Ludziom Tory mówię, że jeśli mesjasz przybędzie jutro i zepchnie pogan do morza, być może zwróci się do mnie i powie: „Eli, mój drogi, siądź po mojej prawicy. Będę zajęty odbudowywaniem Świątyni Dawida. Czy możesz w tym czasie wszystkiego doglądać?”.

Wtedy rządziłbym światem i nie pozwoliłbym, aby jakikolwiek inny Bóg był ważniejszy od mojego.

Ale nie ma żadnego mesjasza, prawdziwej świątyni, ani metody na pozbycie się pogan. Muszę wędrować niczym Józef między niewiernymi, z tą tylko różnicą, że nie płaczę. Przystosowałem się. A jeśli ci muzułmanie znaleźli własnego Eliasza albo nawet Mojżesza, to dlaczego miałbym kopać krowę, która daje mi mleko? Moim zadaniem jest zapisywać, nie osądzać. Nigdy nie widziałem, jak Muhammad otrzymuje swoje posłannictwa, które, jak mówią, ciągle do niego przychodzą. Otaczają go wciąż nowe zwoje. Są dni, kiedy nie wpuszczają mnie do środka. Kiedy indziej widzę, jak zaczyna się zmieniać. Wywija oczy ku górze i zaczyna lekko drżeć, jak trzymana w dłoni jaskółka. Przy pierwszych oznakach wypraszają mnie z pokoju.

Wiem jedno. Muhammad przekazuje swoje prawa, tak samo jak Mojżesz. Jeśli prorok mówi: „Bóg mi to powiedział”, a jego wyznawcy na to odpowiadają: „Wierzymy ci”, to jak można im udowodnić, że się mylą? Gdy jestem bezpieczny za zamkniętymi drzwiami, mogę zapalić świeczkę ku pamięci Machabeuszy, którzy zmarli jako bohaterowie w obronie Żydów oraz przeklinać naszych wrogów. Jest na to dość czasu. Zawsze jest na to dość czasu.

Muhammad dożył już pięćdziesiątki i nabył trochę sprytu, widział więc te sprzeczne myśli w mojej głowie. Pewnego dnia kazał mi odłożyć moją tabliczkę.

– Spójrz mi w oczy – powiedział. – Czy widzisz kłamcę i oszusta?

Byłem zbyt zdumiony, żeby móc odpowiedzieć.

– Jeśli nie widzisz kłamcy i oszusta – kontynuował – to znaczy, że mówię prawdę. Bóg uczynił mnie swoim posłańcem.

Byłem zażenowany. Wymamrotałem coś nieskładnego, nie pamiętam nawet co.

Muhammad spoważniał.

– Nie narażaj swojej duszy. Bóg rozkazał mi zbawić Żydów. Chce, abym zbawił cały świat.

Muhammad przerwał i przez chwilę obawiałem się, że będzie chciał, abym dokonał wyboru, w tej właśnie chwili. Ale spojrzał w bok i mówił dalej.

– Przez trzy lata nie mogłem powiedzieć o tym nawet moim wujom i kuzynom. Czy wiesz, jaki odczuwałem niepokój? Z ust Boga usłyszałem, że wszyscy grzesznicy są przeklęci. On widzi wszystko. Dostrzega każdy czyn, którego dokonujemy tu, na ziemi. Gdy nadejdzie dzień ostateczny, przeklęci sami będą świadczyć przeciw sobie. Czy ten dzień jest daleko?

Serce waliło mi jak młot. W jego głosie czuć było stal, ale nie był to głos szaleńca. Muhammad czerpał siłę z czegoś, co było poza jego ciałem. Moc, która jest jak błyskawica i może obrócić duszę w popiół, albo wykuć ją w płomieniach.

– Nie każ mi wierzyć – wyjąkałem. – Ale rozumiem. Przeżyłeś ogień.

Był zaskoczony.

– Widzisz to? To prawda.

Leżę podczas bezsennych nocy, zastanawiając się, czy świat skończy się przed świtem. Ciągle wracam myślami do dzieciństwa, gdy czekałem na łowców ptaków. Czasem ptak nagle umierał. Może dawali mu złe jedzenie, a może jego serce pękało z tęsknoty za partnerem. Łowca oskubywał go wtedy z piór i robił z nich dla siebie wspaniałą czapkę, lśniącą wszystkimi kolorami, piękniej niż tęcza. Z trudem można było odróżnić łowcę od ofiary.

Mam nadzieję, że Muhammad zobaczy ptaki w Raju, tak, jak obiecał mu Bóg. I mam nadzieję, że nie zostanę pominięty, gdy nadejdzie ten dzień.

W moim ulubionym śnie biegnę za łowcami ptaków. Kiedyś, dawno temu, robiłem to naprawdę. Każdej wiosny leżałem przed świtem w łóżku i nasłuchiwałem. Łowcy ptaków nie przegapili żadnej wiosny. Można było usłyszeć, jak ich zdobycze – astryldy, skowronki, wróble – śpiewają w wiklinowych klatkach. Inni handlarze zawieszali dzwoneczki na swoich mułach, aby można ich było usłyszeć z daleka. Łowcy ptaków nie musieli tego robić.
– Czy sprzedawali też słowiki? – zapytał mnie Muhammad pewnego dnia.
Był gorący dzień, kilka miesięcy po jego przybyciu do Jasrib. Codziennie służyłem mu jako skryba, ale wtedy nie było nic, co mógłbym zapisać. Nikt nie przybiegał do jego domu, by rozsądził sprawę rozwodową albo zajął się zaginionym workiem pszenicy, który sąsiad „znalazł” na ulicy.
– Może i sprzedawali słowiki – powiedziałem. – Ale farbowali ptakom pióra, żeby wyglądały ładniej, więc nie można było ich rozpoznać.
Przynajmniej nie potrafił tego zrobić mały chłopiec.
– Ptaki pustyni są szare, lecz w Raju będą jaskrawoczerwone i zielone – rozmarzył się Muhammad. – W ich pieśniach nie będzie już tęsknoty. Nie ma tęsknoty, gdy jest się blisko Boga.
– Czy ptaki tęsknią za Bogiem? – zapytałem.
– Wszystkie stworzenia za nim tęsknią – odpowiedział.
Jest marzycielem, tak jak ja. Lecz jego marzenie nadaje sens życiu wielu ludzi. Ci muzułmanie są tu nowi. Dotarli do tego odległego miasta Jasrib, przemierzając dwieście mil pieszo przez pustynię. Mówią, że przysłał ich Bóg, tak samo, jak Żydzi zostali wysłani z Egiptu. Przybysze określają to słowem hidżra, „emigracja”. Nie mam zdania. Może to Bóg ich wysłał. A może zmęczył ich ciągły opór i nienawiść.
Oto dowcip o tym, jak to jest, gdy cię nienawidzą. Kobieta rodzi dziecko i akuszerka wychodzi, by oznajmić to ojcu, który nerwowo przechadza się w tę i z powrotem.
– Dobre wieści – mówi. – To chłopiec, cały i zdrowy.
Ojciec nadal okazuje zdenerwowanie.
– Na pewno wszystko z nim w porządku? – pyta.
Położna przytakuje.
– Ma dziesięć palców u rąk i u nóg. Ma małego dyndającego penisa. Aha, i nienawidzi Żydów.
Pierwszy muzułmanin, którego spotkałem, śmiał się, gdy opowiedziałem mu ten dowcip. Był sługą Abu Bakra, który uciekł tu wraz z Muhammadem. W Mekce sprawy miały się wtedy coraz gorzej. Nienawiść kipiała przez dwanaście lat, od czasu kiedy Muhammad spotkał anioła. Abu Bakr zbudował obok swojego domu specjalną budowlę z przeznaczeniem na modlitwę. Nazwali ją „meczetem”. Oczywiście nikt nie chciał, aby muzułmanie profanowali świątynie, gdzie mieściły się posągi bożków. Ten meczet to były tylko cztery ściany z otwartym dachem. Abu Bakr pięć razy dziennie klękał tam przed Bogiem, tak jak kazał im to robić Muhammad. Ściany były niskie, więc każdy mógł zajrzeć i zobaczyć, co się tam dzieje. Dźwięk modłów Abu Bakra wypełniał ulice. Członkowie starszyzny uznali to za prowokację.
Wrogowie Muhammada szeptali, że żadne pieniądze nie wystarczą, by uratować go przed karą. Muhammad udowodnił już, że starzy bogowie nie mogą zrobić krzywdy ani jemu, ani jego wyznawcom. Jednak wrogowie mieli rację – pieniądze nie wystarczą.
Abu Bakr zawdzięczał życie swojemu zaprzysięgłemu obrońcy, który trzymał plemię z daleka. Ów obrońca – Ad-Dughunna – przyszedł pewnego dnia i zaczął namawiać Abu Bakra, by ten wszedł do domu się modlić. Zamiast ustąpić, Abu Bakr spojrzał na niego ostro i powiedział:
– Zwalniam cię z przysięgi. Ochrona Allaha w zupełności mi wystarczy.
Nienawiść wkrótce osiągnęła punkt wrzenia. Klany należące do plemienia wymyśliły spisek, który miał na celu pozbycie się Muhammada, bez doprowadzenia do walk na terenie miasta. Każdy klan zgodził się wydelegować silnego, młodego mężczyznę potrafiącego dobrze posługiwać się nożem. Ci wybrani zabójcy mieli napaść na Muhammada w grupie i każdy dźgnąłby go swoim sztyletem. W ten sposób wina rozłożyłaby się po równo na wszystkie klany w plemieniu. Zapłaconoby grzywnę, aby wynagrodzić zbrodnię. Nowa religia znikłaby, niczym wyschnięta róża, której zabrano wodę. Wszyscy wiedzieli, że wodą dla islamu był Muhammad.
Pewien kupiec – muzułmanin – opowiadał mi tę historię. Przerwałem mu.
– Czy to nie byli ludzie z jego plemienia, ci, którzy chcieli go zabić?
– Ludzie, którzy nie trzymają się Boga, nie należą do jego plemienia – odpowiedział.
Nadeszła wyznaczona noc mordu. Gromada zabójców stała przy bramie domu Muhammada, czekając aż wyjdzie na swój poranny spacer. Nie ukryli się jednak wystarczająco dobrze i Muhammad oraz wierny mu młody kuzyn, Ali, zorientowali się, że ktoś jest na zewnątrz, i że grozi im niebezpieczeństwo.
Nie mieli ani chwili do stracenia. Muhammad wymyślił na poczekaniu plan. Wziął płaszcz nomadów z zielonej wełny, w którym często go widywano. Owinął nim Alego i kazał mu leżeć w łóżku i udawać, że jest Muhammadem.
Ali opierał się. Wiedział, że w ten sposób pozostawi Proroka bez ochrony. W końcu dał się namówić. Gdy został sam, Muhammad zaczął recytować werset, który został mu objawiony. Gdy doszedł do słów: „W ten sposób okryliśmy ich i oni nie widzą”, zrozumiał Boską intencję. Sam okrył się zwykłym płaszczem i wyszedł z domu. Przeszedł obok zabójców, a żaden z nich go nie zobaczył.
Kilka przecznic dalej zobaczył znajomego, który skłonił się i poszedł dalej. Ale znajomy ten był wtajemniczony w spisek. Pobiegł do domu Muhammada i krzyknął, że właśnie zobaczył go na ulicy. Zabójcy zarzekali się, że nikt nie mógł się przemknąć obok nich. Aby to udowodnić, podkradli się do okien sypialni Muhammada, gdzie zobaczyli go śpiącego w jego ulubionym, zielonym okryciu. Podstęp wyszedł na jaw dopiero rano, gdy Ali wyszedł z domu i powiedział, że jego kuzyn uciekł.
Muhammad przedostał się do domu Abu Bakra. Nie było innego wyboru niż ucieczka. Otrzymał wiadomość ostrzegającą go przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Wola Boga była jasna. Pozostanie w mieście oznaczałoby śmierć dla wszystkich.
Muhammad i Abu Bakr wraz z małą grupką towarzyszy i kilkoma objuczonymi wielbłądami wyjechali z Mekki w pośpiechu. Spędzili trzy dni w górskiej jaskini poza miastem. Ali został, aby zająć się interesami Muhammada. Gdy Muhammad był już całkowicie pewny, że Bóg chce, aby odszedł, zgodził się przebyć pustynię w kierunku ich nowego domu na północy.
Po tym, jak usłyszałem tę opowieść, zwyciężyła we mnie ciekawość. Pewnego popołudnia, kiedy zauważyłem, że Muhammad jest rozluźniony i w dobrym nastroju, zapytałem:
– Czy zawsze ufasz swoim przesłaniom?
– To Allah ufa mnie – odpowiedział.
– Ale wysłał cię na pustkowie. Czy to znak miłości? Dlaczego po prostu nie zabił twoich wrogów?
Muhammad spojrzał na mnie. Wie więcej o Żydach, niż ci się wydaje. Jego spojrzenie znaczyło: Mówisz o sobie. Poczekał chwilę, jakby się chciał zastanowić, ile może mi powiedzieć.
– Miałem żonę, która wierzyła we mnie, gdy nikt inny nie wierzył – powiedział poważnym głosem. – Słyszała każde słowo pochodzące od Boga i przyjęła je do tego stopnia, że gdzie ja się kończyłem, tam zaczynała się ona, a gdzie kończyła się ona, tam zaczynałem się ja. Nasza wiara była naszym drugim małżeństwem. Nazywała się Chadidża. Pewnego dnia przyszła do mojego pokoju z miską zupy w rękach. W chwili, gdy usłyszałem jej kroki, Bóg przemówił do mnie na jej temat. Weszła do pokoju, a ja powiedziałem: „Moja droga, Pan mówi mi, że jesteś błogosławiona. Oczekuje na ciebie miejsce w Ogrodzie, gdzie nie ma zmęczenia, a jest tylko cisza”. Nie uśmiechnęła się, tylko wpatrywała się we mnie. Pomyśleliśmy to samo: W ten sposób Allah łagodnie przepowiada jej śmierć.
W oczach Muhammada pojawił się smutek. Byłem poruszony tym, że mi się zwierza, i miałem ochotę objąć go i pocieszyć. Ale chwilę później jego ciało zesztywniało. 
Powiedział:
– To, że Bóg objawia mi tajemnice życia i śmierci, nie oznacza, że jestem panem życia i śmierci. To są wielkie sekrety. Dzięki łasce Boga zbliżam się do nich bardziej niż zwykli ludzie. Jest to w takim samym stopniu powód do smutku, jak do radości.
Nigdy więcej mi się nie zwierzał, ale miałem silne poczucie, że rozumiał Żydów. Tak właśnie Bóg nakazuje nam żyć: blisko tajemnicy, lecz zawsze daleko od jej rozwiązania. Nasz smutek i nasza radość są ze sobą splątane. Później usłyszałem, że Chadidża zmarła wkrótce po tej wiadomości. To było trzy lata przed ucieczką Muhammada z Mekki. Ten rok nazywają rokiem smutku Muhammada, gdyż w tym samym czasie umarł także jego wuj, Abu Talib. Nigdy nie nawrócił się na islam, ale błogosławił Muhammadowi. Mówią, że gdy leżał na łożu śmierci, otaczali go krewni domagający się, by wystąpił przeciw nowej wierze. Zawsze odmawiał.
Jedną rzecz muszę przyznać tym muzułmanom. Modlą się w ciszy. Oczyszczają się i recytują wersy, których nauczył ich Muhammad. I nie są prawnikami. Zanim przybył Muhammad, moje życie wypełniali prawnicy w sądzie rabinackim. Siedziałem ze skrzyżowanymi nogami, ze stolikiem na kolanach, zapisując niekończące się spory. Sędziowie drzemali na ławkach, zabijając muchy brzęczące wokół łakoci. Każda ze stron troszczyła się o przysmaki dla sędziów, w nadziei na ich dobry nastrój. Prawnicy uważali się za mądrzejszych od Tory. Dranie czepiający się drobiazgów. Któryś z nich potrącił mi godzinę z zapłaty, bo stwierdził, że rozmazałem jedną linijkę.
– Ty rozmazujesz prawdę, a płacą ci więcej – powiedziałem.
Wrzasnął i wyrzucił mnie z sądu. Po tym wydarzeniu trudno było mi znaleźć pracę u rabinów, dlatego przyjąłem posadę, którą zaoferowali muzułmanie. W Jasrib żyje sporo Żydów i zbyt wielu z nas potrafi pisać.
– Nie będziesz zapisywał świętych słów Proroka – powiedzieli. – Mamy do tego własnych skrybów. Twoim zadaniem będzie śledzenie postępowań sądowych, sporów i codziennych spraw. Kiedy Prorok wyda sąd, spiszesz każde słowo. To ważne. Rozumiesz?
Przytaknąłem. Przecież potrzebowałem tej pracy. Muzułmanie stopniowo napływali do Jasrib przez ostatnie lata, ale nikt nie zwracał na nich uwagi. Gdy Muhammad o świcie przekroczył bramę, uformowali małą, poważną grupkę. Kilkoro Żydów zaprosiło ich, by schronili się tutaj. W Arabii, jeśli czcisz jedynego Boga, chcesz mieć sojuszników. Teraz, kiedy Muhammad jest wśród nich, jego ludzie nie tylko czują się bezpieczni, ale wydaje im się, że sam Bóg pokazał im drogę. Stwierdzili nawet, że Jasrib powinna mieć nową nazwę: Madinat an-Nabi, „miasto Proroka”. Kiedy się spieszą, mówią po prostu „Medyna”.
– Chrześcijanie także piszą, może nawet więcej niż Żydzi – powiedział Muhammad.
Nie pisałem, ponieważ było gorąco. Ale kiedy to robiłem, lubił mi się przyglądać. Na jego twarzy pojawiało się wtedy zdumienie. Przez chwilę był znowu dzieckiem, a nie pięćdziesięciodwuletnim mężczyzną z siwą brodą.
– Chrześcijanie musieli pisać, aby przetrwać – powiedziałem.
– Dlaczego?
– Bo Rzymianie nienawidzili ich proroka Jezusa i zabiliby ich wszystkich – odpowiedziałem. – Na szczęście dla chrześcijan, bogaci Rzymianie byli leniwi. Wielu nie chciało nauczyć się pisać i czytać.
Zawahałem się. Uświadomiłem sobie, że mogłem obrazić Muhammada.
– Nie chodzi mi o ciebie, panie. Nie jesteś leniwy. Zapracowujesz się na śmierć.
Uśmiechnął się, co było niesamowite. Każdy inny bogacz z Medyny posłałby mi kopniaka za bezczelność.
– Pierwsi chrześcijanie mieli obowiązek czytać swoje pisma – kontynuowałem. Nie zostawiali tego kapłanom. Po pewnym czasie, tylu z nich umiało czytać i pisać, że stali się użyteczni jako skrybowie. Rzymianie zatrudniali ich w swoich prowincjach. Czas mijał, a kiedy jakiś nowy cesarz wpadał na pomysł prześladowania chrześcijan, jego namiestnicy oponowali: „Nie możesz. Bez tych małych, zawszonych chrześcijan nasz system podatkowy się zawali”. Po kilku wiekach całe cesarstwo stało się chrześcijańskie. Podobała mi się ta ironia losu.
Muhammad był zaintrygowany.
– Najpierw cię prześladują. Potem cię potrzebują. W końcu nawracają się na twoją religię.
Powtarzał to sobie kilka razy dziennie. Później zrozumiałem dlaczego. Nikt z tych, którzy mają władzę, nie potrzebuje muzułmanów, przynajmniej na razie. Jest ich za mało, by dało się z nich stworzyć porządne, zbrojne plemię. Martwi się o to, jak przetrwają. Bóg rozkazał mu szerzyć dobrą nowinę, podobnie jak i Jezusowi, ale jak ma to wykonać?
Muzułmanie powiedzieli mi, że w Mekce Muhammad siadał każdego ranka nieopodal miejskiej studni, by nauczać swych wyznawców. Jeśli przechodził obok jakiś służący, mógł usiąść i słuchać razem z innymi. Nawet niewolnikowi wolno było się przyłączyć.
Ludziom dobrze urodzonym nie podobało się to, ale nie zbliżali się, bo nie rozmawia się z godnym szacunku człowiekiem, gdy obok wałęsają się niewolnicy. W końcu jeden ze starszyzny podszedł do Muhammada i powiedział:
– Chciałbym z tobą pomówić, bracie. Odeślij niewolników.
Muhammad skinął głową, jakby miał zamiar się zgodzić, ale nagle odjęło mu mowę, a na jego twarzy pokazały się krople potu. Członek starszyzny oddalił się, nie otrzymawszy odpowiedzi. Po pewnym czasie Muhammad otrzymał nowe posłannictwo. „I nie odpędzaj tych, którzy wzywają swego Pana. Jeślibyś ich odpędził, byłbyś jednym z niesprawiedliwych”. Nie miał zatem wyjścia. Musiał zbawić każdego czciciela idoli z Mekki, bogatego czy biednego. To wydawało się niemożliwe do zrobienia. Kiedy poszedł do grubych członków starszyzny, wyśmiali pomysł, że ktoś z ich plemienia został wybrany przez Boga. Kiedy udał się do biednych, ci zbyt łatwo dawali się przekonać. Mieli nadzieję, że bogacz, który nagle zainteresował się ich losem, obdarzy ich przysługami i pieniędzmi.
– Czy znalazł odpowiedź? – zapytałem jednego z muzułmanów.
– A czy byłby tutaj, gdyby mu się to udało? – wzruszył ramionami w odpowiedzi.
Spotkałem Żydów, którzy podejrzliwie odnosili się do przybyszów. Powiedziałem im, że Muhammad jest jak Mojżesz prowadzący swe zagubione dzieci, ale wyśmiali mnie:
– I Jasrib to ich Ziemia Obiecana? A gdzie mleko i miód? Lepiej, żeby poszli dalej.
Poszedłem do Muhammada i zapytałem go, czy to jest ich Ziemia Obiecana.
– To nie moje zmartwienie – odpowiedział. – Bóg potrafi odnaleźć swoich w dowolnym miejscu na ziemi. Jest coś ważniejszego.
Wskazał na stertę zwojów na podłodze.
– To księga Boga. Od dwunastu lat się powiększa. Nie ma nic cenniejszego. Jesteście Ludem Księgi, więc powinniście to zrozumieć.
Wycofałem się. Gdybym powiedział, że rozumiem, to czy uczyniłoby mnie to złym Żydem? Czy grzechem jest pracować dla muzułmanina, którego księga jest inna niż moja? W głowie rodzą mi się takie wątpliwości. Ludziom Tory mówię, że jeśli mesjasz przybędzie jutro i zepchnie pogan do morza, być może zwróci się do mnie i powie: „Eli, mój drogi, siądź po mojej prawicy. Będę zajęty odbudowywaniem Świątyni Dawida. Czy możesz w tym czasie wszystkiego doglądać?”.
Wtedy rządziłbym światem i nie pozwoliłbym, aby jakikolwiek inny Bóg był ważniejszy od mojego.
Ale nie ma żadnego mesjasza, prawdziwej świątyni, ani metody na pozbycie się pogan. Muszę wędrować niczym Józef między niewiernymi, z tą tylko różnicą, że nie płaczę. Przystosowałem się. A jeśli ci muzułmanie znaleźli własnego Eliasza albo nawet Mojżesza, to dlaczego miałbym kopać krowę, która daje mi mleko? Moim zadaniem jest zapisywać, nie osądzać. Nigdy nie widziałem, jak Muhammad otrzymuje swoje posłannictwa, które, jak mówią, ciągle do niego przychodzą. Otaczają go wciąż nowe zwoje. Są dni, kiedy nie wpuszczają mnie do środka. Kiedy indziej widzę, jak zaczyna się zmieniać. Wywija oczy ku górze i zaczyna lekko drżeć, jak trzymana w dłoni jaskółka. Przy pierwszych oznakach wypraszają mnie z pokoju.
Wiem jedno. Muhammad przekazuje swoje prawa, tak samo jak Mojżesz. Jeśli prorok mówi: „Bóg mi to powiedział”, a jego wyznawcy na to odpowiadają: „Wierzymy ci”, to jak można im udowodnić, że się mylą? Gdy jestem bezpieczny za zamkniętymi drzwiami, mogę zapalić świeczkę ku pamięci Machabeuszy, którzy zmarli jako bohaterowie w obronie Żydów oraz przeklinać naszych wrogów. Jest na to dość czasu. Zawsze jest na to dość czasu.
Muhammad dożył już pięćdziesiątki i nabył trochę sprytu, widział więc te sprzeczne myśli w mojej głowie. Pewnego dnia kazał mi odłożyć moją tabliczkę.
– Spójrz mi w oczy – powiedział. – Czy widzisz kłamcę i oszusta?
Byłem zbyt zdumiony, żeby móc odpowiedzieć.
– Jeśli nie widzisz kłamcy i oszusta – kontynuował – to znaczy, że mówię prawdę. Bóg uczynił mnie swoim posłańcem.
Byłem zażenowany. Wymamrotałem coś nieskładnego, nie pamiętam nawet co.
Muhammad spoważniał.
– Nie narażaj swojej duszy. Bóg rozkazał mi zbawić Żydów. Chce, abym zbawił cały świat.
Muhammad przerwał i przez chwilę obawiałem się, że będzie chciał, abym dokonał wyboru, w tej właśnie chwili. Ale spojrzał w bok i mówił dalej.
– Przez trzy lata nie mogłem powiedzieć o tym nawet moim wujom i kuzynom. Czy wiesz, jaki odczuwałem niepokój? Z ust Boga usłyszałem, że wszyscy grzesznicy są przeklęci. On widzi wszystko. Dostrzega każdy czyn, którego dokonujemy tu, na ziemi. Gdy nadejdzie dzień ostateczny, przeklęci sami będą świadczyć przeciw sobie. Czy ten dzień jest daleko?
Serce waliło mi jak młot. W jego głosie czuć było stal, ale nie był to głos szaleńca. Muhammad czerpał siłę z czegoś, co było poza jego ciałem. Moc, która jest jak błyskawica i może obrócić duszę w popiół, albo wykuć ją w płomieniach.
– Nie każ mi wierzyć – wyjąkałem. – Ale rozumiem. Przeżyłeś ogień.
Był zaskoczony.
– Widzisz to? To prawda.
Leżę podczas bezsennych nocy, zastanawiając się, czy świat skończy się przed świtem. Ciągle wracam myślami do dzieciństwa, gdy czekałem na łowców ptaków. Czasem ptak nagle umierał. Może dawali mu złe jedzenie, a może jego serce pękało z tęsknoty za partnerem. Łowca oskubywał go wtedy z piór i robił z nich dla siebie wspaniałą czapkę, lśniącą wszystkimi kolorami, piękniej niż tęcza. Z trudem można było odróżnić łowcę od ofiary.
Mam nadzieję, że Muhammad zobaczy ptaki w Raju, tak, jak obiecał mu Bóg. I mam nadzieję, że nie zostanę pominięty, gdy nadejdzie ten dzień.